Po latach posuchy, ratuszowa sala sesyjna znów staje się żyznym polem dla miejscowych mediów. Działacze lokalnych struktur Koalicji Obywatelskiej chyba jednak zbyt dosłownie wcielają w życie zasadę „nieważne jak mówią, byle nazwiska nie przekręcali”.
Nowy tydzień przyniósł nadzwyczajne obrady miejskich radnych. W ich trakcie przez wszystkie przypadki odmieniano słowo „komunikacja”, choć w tym przypadku bardziej zasadną byłaby pisownia KOmunikacja. A wszystko dlatego, że powodem spotkania był wniosek członków klubu KO postulujący przyznanie kolejnych ulg zwolnień z opłat, de facto pozbawiający finansowego sensu grudniowe ustalenia. W przystępny sposób projekt wypunktowali moi koledzy po fachu, dlatego też po szczegóły odsyłam do tekstów m.in. Marzeny Góry z Głosu Koszalińskiego oraz Macieja Gasiula z Tematu. Dobitnie jednak widać, że komunikacja stała się dla lokalnych struktur Koalicji Obywatelskiej motorem napędowym, żeby nie powiedzieć, że wręcz specyficznym fetyszem. Jeśli pod lupę weźmiemy mocno szwankującą komunikację w miejscowym obozie spod sztandaru biało-czerwonego serduszka, ruchy te wydają się co najmniej zastanawiające.



Przede wszystkim od dawna zachodzę w głowę, kto na obrońce bezpłatnych przejazdów wyznaczył radnego Marka Ogrodzińskiego. Oddelegowanie do tej roli człowieka wykazującego w oświadczeniu majątkowym eleganckiego Mercedesa oraz cztery (!) luksusowe SUV-y marki BMW raczej nie przydaje całej akcji wiarygodności, a już na pewno uwypukla niepoprawną komunikację pomiędzy nadawcą przekazu i jego odbiorcą. To trochę jakby do sejmowej debaty na temat podatku katastralnego wystawić posła Roberta Kropiwnickiego, a do dyskusji o bezpieczeństwie w ruchu drogowym Łukasza Mejzę. Doktor Ogrodziński wprawdzie dwoi się i troi, szafując nawet swoim zdrowiem w czasie nagrywania dramatycznych (dosłownie i w przenośni) rolek w deszczu, ale wszystko to przypomina co najwyżej ubiegłotygodniowy występ Marcina Kaszewskiego podczas sławetnej batalii o VI C. Niestety, póki co występy pana doktora oceniam tylko na 3+, ale obiecuję podnieść ocenę do pełnej czwórki jak tylko ujrzę szacownego ginekologa regularnie podróżującego miejskim autobusem!
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że w szeregach Koalicji Obywatelskiej bez problemu znaleźć można osobę wręcz skrojoną do wcielenia się w Rejtana bezpłatnych przejazdów. Coś tutaj jednak nie zagrało komunikacyjnie, gdyż Pauliny Peciak-Nazarewskiej, z powodu zaplanowanego o wiele wcześniej urlopu, zabrakło nawet na dzisiejszym głosowaniu. Tak po ludzku, znanej z działalności społecznej radnej musiało być w tym momencie cholernie przykro, a ze swej strony tylko dodam, że fragment jej poświęcony piszę akurat bez cienia ironii. Rozumiem ferwor walki, ale zadajmy sobie głośno pytanie: czy ta ekstraordynaryjna sesja była niezbędna? Czy przedłożony do głosowania projekt nie mógł poczekać do zwyczajowych obrad w ostatni czwartek miesiąca? Pośpiech (oraz idąca z nim niedźwiedzia przysługa oddana klubowej koleżance, która pod wnioskiem się wprawdzie podpisała, ale nie mogła za nim zagłosować) nie ma przecież żadnego związku z zakończonym urlopem Jerzego Hardie-Douglasa, prawda? Na nieszczęście radnych KO, burmistrza ominęły problemy komunikacyjne na linii Hiszpania-Polska, choć oba kraje dzieli grubo ponad 2000 km.



Wypadałoby się zastanowić kto jest winien problemom komunikacyjnym w szczecineckiej Koalicji Obywatelskiej. Ktoś w końcu musi stać za strategią ugrupowania, podobnie jak za realizacją ich materiałów, dziwnym trafem kolportowanych głównie w jednym z miejscowych tworów mediopodobnych. Nie wiem kto odpowiada w lokalnej KO za przekaz, ale gdybym miał popuścić wodzę fantazji to widziałbym w tej roli niedoświadczonego dwudziestokilkulatka, którego jedynym osiągnięciem życiowym jest zaoczny licencjat, w dodatku studiowany w covidzie. Ów ambitny młodzian zapewne odważył się spróbować swych sił w jednym z miast wojewódzkich, ale po kilku miesiącach z podkulonym ogonem musiał wrócić na prowincję, uzbrojony w mityczną znajomość mediów społecznościowych oraz ego godne co najmniej stołka prezesa. Być może nawet po opuszczeniu w niesławie siedziby pierwszego pracodawcy, podjął drugą próbę zaistnienia w podobnej instytucji, ale i tam nie zdołał zagrzać długo miejsca. Swoje mikre, ale wielkomiejskie doświadczenie stara się teraz na siłę przeszczepić na tutejszy grunt, ale nie czyni tego nawet ze zmiennym skutkiem. Co z tym fantem zrobi teraz Marcin Kaszewski, od niedawna stojący na czele powiatowych struktur Koalicji Obywatelskiej, nie jest oczywiście wiadomym, ale egoistycznie doradzałbym gorąco pozostawienie tegoż specjalisty na stanowisku – coś mi podpowiada, że w kolejnych miesiącach jest nam w stanie dostarczyć sporo ciekawego KOntentu.
O innych problemach komunikacyjnych w ugrupowaniu można pisać godzinami, ograniczę się więc tylko ekspresowo do tego co ujrzałem dziś na sesji. Już na samym początku obrad dowiedzieliśmy się, że złożony przez KO projekt zawierał błędy formalno-techniczne, np. braki w załącznikach czy wykluczające się zapisy wewnętrzne. Radny Marek Ogrodziński podjął wprawdzie próbę ich skorygowania poprzez tzw. autopoprawkę, ale jego koncepcja nie przeżyła zderzenia z komunikatem ratuszowego radcy prawnego, który próbę zaszpachlowania kiepsko wyglądających baboli zablokował. Jako że projekt złożyła grupa sześciu radnych, jeden z nich nie mógł samodzielnie dokonać autopoprawki w imieniu całości, a to otworzyło przysłowiową puszkę Pandory dla KO. Nanoszenie „zwykłych” poprawek przez radnego Ogrodzińskiego pozwoliło wykonywać te same manewry każdemu z obecnych na sali samorządowców. Głównie za sprawą Joanny Pawłowicz, oficjalnie zgłoszono więc zapisy znoszące darmową komunikację i wprowadzające ceny biletów, a ponieważ obóz rządzący dysponował większością to wszystko przegłosował stosunkiem 12:8. Jako że pod to głosowanie trafił ostatecznie totalnie zmieniony pierwowzór, radnym KO nie pozostało nic innego jak… zagłosować przeciwko własnemu projektowi, dla którego przecież zażądali zwołania dodatkowego posiedzenia rady. Przekładając to na dużo prostszy obraz sportowy, na sesyjnej sali ujrzeliśmy tym samym gola samobójczego, względnie zwrot przez rufę, tudzież samonokaut, czyli… z ang. self-KO.



Ponad trzygodzinne obrady przyniosły obraz ciężki do przekucia w polityczny sukces. Zrelatywizowania wydarzeń z poniedziałkowego blamażu nie podjęli się, póki co, nawet czarodzieje z Miasta z Wizją, co akurat jest pozytywną elementem kuriozalnego finału tej amatorszczyzny. Nie trzeba być wybitnym strategiem, aby wiedzieć, że w sytuacji posiadania w rękawie ledwie jednego pomysłu na siebie tym bardziej powinien być on dopracowany nie tyle w każdym calu, ile w najmniejszych ułamkach tegoż cala. Tymczasem przedstawiciele miejscowej KO nie przygotowali nawet analizy kosztów dostarczonych przez siebie pomysłów, a przyniesieniem na obrady bubla sumiennie postarali się jedynie o pstryczek w nos swoim wyborcom. Czy to kończy komunikacyjną telenowelę? Moim zdaniem na pewno mocno ją przygasi, choć na widowni sali sesyjnej dało się też słyszeć głosy odmienne.
Gdybym jednak miał stawiać dolary przeciwko orzechom to wzorem prowadzonego przez red. KOwalską portalu MzW raczej celowałbym w doraźny zwrot zainteresowania na powstające w ciągu ul. Wyszyńskiego rondo. Było nie było, jest to temat powiązany z komunikacją. Wprawdzie w żadnym mieście na świecie nie powstało jeszcze rondo utrudniające ruch zamiast go upłynniać, ale radni Koalicji Obywatelskiej mogą przecież liczyć na to, że Szczecinek będzie w tym względzie pierwszy. Na pewno nie zaszkodziłaby weryfikacja dotychczasowych dokonań osoby odpowiedzialnej za przekaz ugrupowania. Do wyborów wprawdzie jeszcze aż 3 lata, ale może warto pomyśleć o zastąpieniu jej kimś innym? Nie dzwońcie tylko w tej sprawie do mnie. Urodziłem się w Szczecinie, lubię więc ronda!



















